Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 stycznia 2021

#13 F.R.I.E.N.D.S

Jednym z moich ulubionych seriali jest serial F.R.I.E.N.D.S (Przyjaciele). Mój mąż, odkąd zainstalowaliśmy w domu kablówkę, szczerze nienawidzi Comedy Central. Katuję go Przyjaciółmi od 16 do 20, codziennie. Mój mąż nie lubi seriali sitcomowych, więc to dodatkowy minus. Ale nie o moim mężu dzisiaj. 

Siedzę sobie właśnie po pracy, odpaliłam telewizor, automatycznie moje palce spoczęły na numerze 1 i 0 na pilocie i tadam, lecą odcinki. Chociaż oglądałam ten serial milion razy, jest ze mną od dzieciństwa, a raz byłam nawet na nim w kinie (!) nadal śmieszą mnie te same momenty. Dziś jednak zastanawiałam się, czy takie relacje/przyjaźń byłaby możliwa naprawdę?

Do przyjaźni podchodzę sceptycznie. Chociaż bardzo ufam ludziom pod względem tego co im mogę powiedzieć, nie do końca wierzę w ich zamiary. Dziś chciałabym poruszyć z Wami kwestię szczerości i wierności między bohaterami serialu. 

Zawsze marzyłam o takiej paczce przyjaciół. Jestem ekstrawertykiem i przebywanie w otoczeniu innych ludzi sprawia, że czuję się spełniona, mam więcej chęci do życia i energii. Niestety nie poszczęściło mi się w życiu pod tym kątem. Mam sporo znajomych, ale z różnych środowisk, nie tworzymy jednej, zgranej paczki. Chciałabym nazwać kogoś prawdziwym przyjacielem. W moim 26-letnim życiu mogłam to zrobić tylko dwa razy. Tych osób dziś już ze mną nie ma. 

Moim problemem, tak jak wcześniej pisałam jest brak wiary w zamiary. Ciągle uważam, że ludzie będą mnie obgadywać, nie będą ze mną szczerzy, będą mieć przede mną tajemnice. Jest to kwestia tego, że wielokrotnie byłam w ten sposób raniona. Ja zawsze wchodzę w relację w 100% i chciałabym otrzymać to samo. 

W serialu Friends zauważyłam pewne zachowania, które są często powielane. Nie można powiedzieć, że zawsze byli ze sobą szczerzy. Często mieli przed sobą tajemnice. Monica nie chciała aby Rachel się dowiedziała, że była na zakupach z dziewczyną Rossa. Ale dlaczego? Nie chciała jej zranić. Tyle, że kłamstwo rani o wiele bardziej niż prawda. I w relacji ja + dwie koleżanki, zawsze ja jestem taką Rachel. 

Miałam poważną rozmowę z pewnym znajomych dzień przed Sylwestrem. Przedstawił mi sposób w jaki ludzie o mnie myślą. Często swoim zachowaniem pokazuję, że chciałabym mieć kogoś na wyłączność. Ludzie boją powiedzieć się mi prawdy żeby mnie nie zranić. Tylko zastanawiam się, skoro wiedzą, że ich zachowanie mnie zrani, czemu to robią?

I chociaż serial pokazuje idealną, mogłoby się wydawać przyjaźń, nie jest to tak do końca. Monica i Chandler nie chcieli podzielić się informacją o planach zmiany domu, Rachel wymyśliła kłamstwo by pogodzić się z Joeym. W serialu wszystko kończy się dobrze i każdy problem zostaje rozwiązany. Ale w prawdziwym życiu tak nie ma. Ludzie boją się szczerej rozmowy.

Dzisiejszy post nie ma sensu. Po prostu dopadł mnie gorszy humor. Ale takie dni też są potrzebne. 


środa, 27 stycznia 2021

#12 Matura

Witam wszystkich serdecznie, 

szukałam ostatnio swoich starych blogów i trafiłam na jeden, z którego chciałabym wrzucić Wam kilka postów. Posty te pisałam w 2014, więc za wszystkie błędy stylistyczne i merytoryczne bardzo, bardzo przepraszam!

Zapraszam do lektury:

12 maja 2014 [poniedziałek]

Tytuł: już prawie po

W maju rocznik '95 dzieli się na kilka grup. Pierwsza to tegoroczni maturzyści, druga to osoby z technikum, które piszą maturę za rok. Tydzień temu rocznik '95 dziękował  CKE za spieprzenie przyszłości.

Taaak. To dosyć dziwne, że nasze życie ma zależeć od głupiego papieru. Matura.

Co nam daje? Możliwość pójścia na studia (a w zależności od wyboru kierunku dostania dobrej, zasłużonej pracy), dalszego kształcenia się w różnych szkołach. Często też matura potrzebna jest do różnych uprawnień czy kursów. Ale...

Taki egzamin nie zawsze pokazuje to co naprawdę umiemy. Może nie podejść nam temat.

Zupełnie jak na sprawdzianach, kiedy siedziałeś cały dzień nad książkami, dostałeś kartkę papieru i miałeś wrażenie, że jest tam napisane coś po chińsku. 

Ludzie się stresują i stresować będą. Później sami z siebie śmieją się, kiedy wspominają jak się stresowali.

Ale co jest najgorszym stresem?

Osobiście jestem przed ustnymi. Dokładnie w czwartek mam prezentację ustną z języka polskiego, czego sobie kompletnie nie wyobrażam. Stanie, czy siedzenie przed trzyosobową komisją, w której w dodatku jest nauczyciel nie z mojej szkoły - całkowicie mi obcy, ktoś z dyrekcji - ktoś kto tylko przejdzie po korytarzu i zasiewa strach oraz... nauczyciel ze szkoły, który mnie nie uczy. Może i znany,bo z widzenia,ale nie zna moich możliwości, nie wie o co zapytać, żeby mi pomóc. Nie wie jak reaguję na stres. 

Matura , maturą, ale co po... ?

Rocznik '95 ma 4,5 miesiąca wakacji! Większość osób w takiej sytuacji szuka pracy. Jak znaleźć pracę, skoro większość ludzi szuka kogoś z doświadczeniem? Koło się zamyka... nie mam doświadczenia ---> bo nie pracuję ----> nie pracuję bo ---> nie mam doświadczenia. Niestety takie są realia. Ale to jeszcze nic straconego! Jest dużo ofert wakacyjnych. Osobiście taką ofertę znalazłam na dawnej tablicy.pl, a obecnie na olx.pl

Fajnie jest zarobić parę groszy, móc gdzieś wyjechać, na...dokładnie.. na zasłużone wakacje, które po takich stresach nam się należą! Na grouponie są fajne oferty, dzięki którym można zwiedzić naprawdę niesamowite miejsca.

A później studia !

Podobno to najlepszy czas w życiu młodych ludzi. Jedni wyjeżdżają do nowego miasta, poznają zupełnie nowe realia, ludzi, miejsca. Drudzy zostają w domu rodzinnym, ale chodzą na uczelnie, również przeżywają coś zupełnie nowego. To jakby nowy etap w naszym życiu. Nie będzie już wychowawcy, do którego można się będzie zwrócić o pomoc. Jesteśmy sami za siebie odpowiedzialni!To jakby dżungla... zostaną tylko najsilniejsi. Studia dzienne, zaoczne. A jeśli nie studia to co? Szkoły policealne, zawodowe, również na nas czekają.

Zrozumcie jedno.. jeżeli nie poszła Wam matura, bo 

a) potopił Was Potop

b) nie lubicie Wesel w poniedziałki

nic straconego.

To, że poprawicie maturę w przyszłym roku ( bo zdać, to zdacie na pewno ) nie robi z Was osób gorszych, czy złych ! Większość osób myśli, że jeżeli ktoś poprawia maturę to jest tumanem, debilem, nieukiem. Możecie poprawić , a przez rok znaleźć pracę, czy właśnie kursy, dzięki którym będziecie mogli znaleźć szybciej pracę. 

Ci, którzy nie będą chcieli poprawić, a nie pójdzie im egzamin, będą sobie później pluli w brodę.Każdy uczy się na błędach, mogliście mieć gorszy dzień, mógł nie podejść Wam temat. Matura to nie koniec świata.

Źle zdana matura to nie koniec świata.
Nie zdana matura to nie koniec świata.

Nie zapomnijcie w wakacje o odpoczynku i regenerację sił na następne lata.Obojętnie jaką drogę wybierzecie trzymam za Was kciuki.

Podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami odnośnie matur, zarówno tych obowiązkowych, podstawowych, jak i tych dodatkowych. Czekam :) 

 - Maturzystka

 

A o tym, jak zmieniło się moje podejście do tego tematu już w następnym poście :) Post był pisany na przy starej podstawie programowej i starej metodzie pisania matur. Dajcie znać jak teraz wyglądają matury :)

poniedziałek, 25 stycznia 2021

#11 Suknia

Zawsze w okresie jesień - zima napada mnie nastrój na pisanie swoich przemyśleń na blogu. Pomimo tego, że nie udzielam się tutaj jakoś specjalnie, nie usuwam swoich tekstów. Po latach lubię do nich wracać i sprawdzać, jak zmieniło się moje myślenie. 


30 stycznia 2018 roku (prawie trzy lata temu, wow!) napisałam ten krótki tekst PIERZE <klik>. Czytając go dzisiaj naszła mnie pewna refleksja o której chciałabym Wam dziś opowiedzieć.


W 2018 roku, dokładnie 16 czerwca wzięłam ślub. Był to najpiękniejszy dzień w moim życiu. Miałam przepiękną suknię, chociaż droga po nią nie była usłana różami. Nie mam figury modelki. Ba! Nie mam figury "przy kości". Co tu dużo mówić - jestem gruba. Nie ma co ukrywać. Wymarzyłam sobie sukienkę, z odkrytymi ramionami, tak zwaną princeskę. Poszłam do jednego salonu, pokazałam zdjęcie wymarzonej sukienki - ekspedientka popukała się w czoło: -Pani w takiej sukience? Chyba Pani zwariowała! Zaczęła pokazywać mi worki, a nie sukienki. Naprawdę. Wyglądały jak alba do komunii. Poszłam do drugiego salonu. Sytuacja podobna, pokazałam zdjęcie sukni, Pani również zdziwiła się, że do mojej figury zdecydowałam się na taki model, ale nie komentowała zbytnio. Przyniosła mi identyczną suknię jak z mojego zdjęcia w rozmiarze.... 36....Oczywiście nie było szans jej nawet przymierzyć bez zapięcia. Przystawiła mi ją pod brodę, ja stałam w ubraniu i mówi: Świetnie Pani w niej wygląda! Naprawdę? Nawet nie nałożyłam ją na rękę... 


I żebyście mnie nie zrozumieli źle. Nie oczekiwałam, że w salonie znajdę suknie w rozmiarze 48-50, bo w tamtym czasie nosiłam taki rozmiar. Liczyłam chociaż na to 40. Wtedy "większe" dziewczyny spokojnie ją założą - po prostu nie zapomną, a przy "mniejszych" dziewczynach można spiąć suknię agrafkami, szpilkami i zobaczy jak będzie wyglądała dopasowana. 


W końcu trafiłam na salon, w którym panowała super atmosfera. Pokazałam Paniom moją suknię, powiedziały, że jest przepiękna i może nie mają identycznej, ale zrobimy przeróbki. Założyłam na siebie - i chociaż była za mała, nie zapięłam się i lekko marszczyła mi się na brzuchu - mogłam sobie siebie w niej wyobrazić. I kiedy w niej stanęłam na białym podeście i w za dużych, pożyczonych butach, czułam, że jest to TA. 


Oczywiście słyszałam później od kilku osób, że w "syrence" byłoby mi lepiej. Byłoby mi także lepiej w zimnym blondzie, bez nadprogramowych kilogramów i na plaży w Hiszpanii. Na tamtą chwilę idealnie czułam się w mojej sukni. Oglądam zdjęcia i film z uśmiechem. Gdybym miała wybierać suknię jeszcze raz, wybrałabym tą samą. 


Do wszystkich przyszłych Pań Młodych:

Jeśli chodzi o suknię patrzcie na siebie. Na to jak Wy się w niej czujecie. Jak znajdziecie tą odpowiednią poczujecie to. Może nie będzie jak na filmach i łzy nie będą spływały strumieniami, ale w sercu poczujecie ciepło. A wtedy żaden komentarz, żadne dobre rady nie mogą zmienić Waszego zdania.

piątek, 2 lutego 2018

#10 Dżinsy

,,Ja lubię dżinsy, szpilki, długie rzęsy'' - to tekst jednej z piosenek disco polo. Leci często w VOX FM, kiedy jadę do pracy. Podróż autobusem zajmuje mi około 20 minut. Kiedy jeżdżę 7:01 nie problem ze znalezieniem miejsca. Słuchawki w uszach, telefon w dłoń i czytam Anonimowe Historie.

Zdaję sobie sprawę, że większość z nich jest zmyślona. Ale trafiłam ostatnio na bardzo ciekawą, która zainspirowała mnie do napisania postu. 

Ludzie podążają za tym co modne, nowe, co lubi większość. Kupują ubrania, które niekoniecznie pasują do ich figury, słuchają muzyki, chociaż nie rozumieją jej przekazu. Robią to co inni twierdzą, że im pasuje. Nie wyobrażam sobie nawet sytuacji, kiedy ktoś do mnie podchodzi i mówi: ,,Ej, słuchaj, powinnaś słuchać metalu, pasuje ten styl do Ciebie''. Co z tego, że pasuje, skoro go nie lubię?

Był moment w moim życiu, gdzie kupowałam buty nie ze względu na wygodę, a wygląd. Razem z przyjaciółką szłyśmy do sklepu, wybierałyśmy cudeńka dla siebie, a później cierpiałyśmy katusze. Bardzo się cieszę, że z tego wyrosłam i myślę, że moje stopy również. 

Podążamy za czymś, czego niedokońca jesteśmy świadomi. Jeśli nie podoba Ci się Iphone, to po co go kupowac? Czy serio to jabłko z tyłu jest tyle warte? Czy nie lepiej będziemy się czuli z tym, co nam pasuje?

I tu pojawia się drugi temat. Jeśli nam to pasuje - może nie pasować innym. A o tym, czy jesteśmy na to gotowi, świadczy tylko nasza dojrzałość. Bardzo długo nie miałam przyjaciół. Ciągle się czymś wyróżniałam. Ale znalazłam ich. I tu wiadomość do wszystkich. Nie znajdziecie nikogo, dopóki nie będziecie sobą. Fajnie jest kogoś udawać, ale ludzie szybko się poznają. Zobaczą, że w niektórych sytuacjach jesteście inni. Jeśli ktoś nie chce z Wami gadać, bo robicie coś wbrew niemu - jego sprawa. To jego strata. I również z drugiej strony - nie walczmy o ludzi, którzy mają atencję. Ludzi, którzy są lubiani. Jeśli mają nas polubić, zrobią to. Ile razy oglądałam filmy, gdzie ktoś był poniżany przez tych ''fajnych'', tylko po to żeby wkupić się do super ekipy.

Nie róbmy czegoś bo tak pasuje innym. Nie lubmy czegoś, bo inni to lubią. Kierujmy się sercem. To takie proste.

A poniżej wklejam historię, która zainspirowała mnie do tego postu:


Zawsze gdy widzę "Januszy" z wystającym spod T-shirtu bębnem, wyśmiewających się ze skądinąd niebrzydkich, ale "pełniejszych" kobiet, zalewa mnie krew. Podobnie jak wyśmiewanie lub niezrozumienie osoby szczuplej, która jest w związku z osobą z nadwagą.

Mam wspaniałą dziewczynę, która ma piękny uśmiech, jeszcze piękniejszą duszę, która chciała być ze mną nawet wtedy, jak nic nie miałem, gdy jeździłem do niej autobusem, a nie samochodem, i która waży o 10 kg więcej ode mnie. Ileż to razy słyszałem od znajomych, że "stać mnie na lepszą dziewczynę", i tu zachodzi pytanie: czy nadwaga czyni kogoś gorszym? Czym mamy się kierować w życiu, jak nie miłością?

Niestety wychodzi na to, że ludzie szukają sobie partnera tak jak szukają dla siebie dżinsów - "musi do mnie pasować i muszę się w nich podobać innym", a chyba nie tędy droga? Kiedyś też wybierałem kobiety względem moich oczu i niestety, znalazłem "swój ideał". Skończyłem niestety jako młody rozwodnik, z kredytami i długami na koncie. Teraz wiem, czym jest miłość i wiem, co to znaczy być kochanym. I jestem z tego powodu bardzo, bardzo dumny.
Nie chcę "lepszej dziewczyny", choć wiem, że mógłbym mieć jeszcze niejedną.

wtorek, 30 stycznia 2018

#9 Pierze

Jem właśnie Raffaello, kokos przykleja mi się do zębów i zastanawiam się o czym mogłabym Wam dzisiaj powiedzieć. Klikam na zmianę zakładkę blogspot,facebook,blogspot,facebook. Ktoś wrzuci zdjęcie, ktoś do mnie napisze. Nagle wyskakuje mi okienko konwersacji z przyjaciółkami. Jedna z nich pisze: ,,Dziewczyny mam newsy!''. Po przeczytaniu jej - wbrew pozorom - bardzo długiego wypracowania na temat naszej koleżanki z liceum, już wiem o czym będzie dzisiejszy post.

Biorę ślub - to już wiecie. I oprócz podstawowych rzeczy, takich jak kupno zaproszeń, zarezerwowanie sali i terminu u Dj'a, nadszedł czas na Nauki Przedmałżeńskie i Poradnię Życia Rodzinnego. Podchodziłam do tego sceptycznie, z nastawieniem głównie na tematy o ''planowaniu rodziny''. Myślałam, że ksiądz stanie na środku sali i będzie opowiadał o tym w jaki sposób i kiedy wolno uprawiać seks, a kiedy nie. Na szczęście wyglądało to zupełnie inaczej.

Poruszaliśmy różne tematy, również te krępujące. Nie wiem w sumie, która strona bardziej była skrępowana. Ale rozmawialiśmy również o tym, jak żyć z drugą osobą, jak starać się dogadać, co robić, by było lepiej. Rozmawialiśmy też o spowiedzi. I temat zszedł na plotki.

Ksiądz opowiedział nam anegdotkę - czy prawdziwa to nie wiem. Postanowiłam, że podzielę się nią z Wami. Pewnego razu spowiadała się kobieta. Wyznała księdzu wszystkie swoje grzechy, a na samym końcu powiedziała: obgadywałam koleżanki. Ksiądz wysłuchawszy jej do końca, rozgrzeszył ją i dał pokutę. Poprosił, żeby wróciła do domu, wzięła poduszkę z pierzem i idąc całą drogę z domu do Kościoła rozrzucała to pierze po ulicy. Kiedy skończy niech przyjdzie do niego. Kobieta zdziwiła się niesamowicie, ponieważ po raz pierwszy w życiu dostała tak dziwną pokutę, ale nic nie powiedziała. Wróciła do domu, wzięła ze sobą starą poduszkę, zrobiła dziurę i zaczęła iść w kierunku kościoła, po drodze rozrzucając pierze. Po 15 minutach pojawiła się przy Księdzu i powiedziała, że wykonała pokutę. Ksiądz odpowiedział: ,,Dobrze. A teraz idź i pozbieraj to pierze.'', kobieta na to: ,,Ale proszę księdza, jest okropny wiatr, przecież nie uda mi się pozbierać wszystkiego. Jak mam to zrobić?'' Na co ksiądz: ,,Widzisz, taką moc ma plotka. Powiesz jednej osobie, a gdzie pójdzie dalej, nigdy nie możesz być pewna.''

Kiedyś rozmawiając ze znajomą powiedziała mi: ,,Pamiętaj, że twój przyjaciel ma swojego przyjaciela''. I coś w tym jest. Musimy uważać na to co i komu mówimy, bo bardzo szybko możemy się zawieść. Czasem wydaje nam się, że znamy kogoś bardzo dobrze. Wskoczylibyśmy za nim w ogień. Ale zastanówmy się dobrze, czy ta osoba też by wskoczyła, czy przeciwnie, podsycałaby go.

środa, 24 stycznia 2018

#8 Przychodnia

Nie lubię chodzić do lekarzy. Wolę leczyć się domowymi sposobami, a niewielkie przeziębienia przeczekać. Wiem, nie jest to dobre rozwiązanie. Kiedy już idę do lekarza, to głównie do specjalisty i są to wizyty prywatne, bez kolejek, bez problemów, bez czekania. Są jednak sytuacje kiedy muszę iść do internisty, a nie uśmiecha mi się płacić nie wiadomo jakiej sumy. 

Jestem osobą, która cierpi na problemy z hormonami, więc jeśli chodzi o pobieranie krwi, powinnam mieć kartę stałego klienta. Gdy byłam nastolatką, nauczyciele myśleli, że biorę narkotyki, bo był to okres, gdzie badanie krwi miałam non stop. Czasami nawet dwa razy w tygodniu. 

Przyszedł styczeń, a wraz z nim badania kontrolne poziomu krwinek, hormonów itp. Tydzień przed badaniem poszłam do lekarza internisty po skierowanie. Opisałam mu moją sytuację, ponieważ był to nowy lekarz w naszej przychodni, pogadaliśmy, dostałam kwitek, receptę na dodatkowe płyny i super, mogę iść do badania. Szkoda, że spóźnił się około 40 minut i nie zdążyłam zrobić ich tego samego dnia. No nic, pomyślałam, będę musiała pojawić się tutaj w następnym tygodniu. 

Wypełniłam wniosek urlopowy, wzięłam wolne i oto jestem. Nadeszła środa, budzik zadzwonił już o 6:40. Nałożyłam szybko sweter, spodnie, umyłam zęby i biegnę. Muszę być w kolejce do badania pierwsza, ponieważ moje badanie robi się co dwie godziny. Im wcześniej będę, tym szybciej, po dwóch godzinach wyjdę. Dobiegłam i oto jestem. Wchodzę, patrzę, jestem ja i jeden starszy pan. Miły, uśmiechnięty, przeziębiony. Oprócz przeziębienia to z wyglądu typowy dziadek, rozpieszczających swoje wnuczki. Na oko 80 lat. Mówię dzień dobry, czy jest do rejestracji, czy do badania, on odpowiada, że do rejestracji, więc super jestem pierwsza. Siadam na ławce, wyciągam książkę. Jest 7:10, więc do otwarcia drzwi jeszcze 50 minut. Zatapiam się w książce. (Dla ciekawskich ,,November 9'' - Colleen Hoover) Po około 20 minutach muszę rozprostować nogi. Zebrało się już sporo osób, więc staję w odpowiedniej kolejce (niestety ławka u mnie w przychodni obowiązuje jedynie dla osób do rejestracji. Jesteś do laboratorium? To stój, bo możesz). Stanęłam przy ścianie, oparłam się o nią plecami i czytam dalej. W pewnym momencie, wcześniej opisany pan, wstaje i idzie w moje ślady. Ma zamiar przejść się po korytarzu, oglądając super-hiper-ciekawe plakaty, promujące zdrową żywność, szczepionki i badanie piersi. Kiedy doszedł do połowy korytarza - zemdlał. Padł na podłogę twarzą na posadzkę i zaczął się trząść. Podbiegło do niego kilka osób, próbując przewrócić go na plecy i sprawdzić, czy nie rozbił sobie głowy. Pan szybko odzyskał przytomność, ale w pobliżu nie było żadnej pielęgniarki. Razem z innym mężczyzną z poczekalni zaczęliśmy stukać o drzwi, aby ktoś na nas zwrócił uwagę. Stukaliśmy dobre 6 minut, aż wyłoniła się zdenerwowana pielęgniarka, że ktoś w taki sposób przerywa jej picie kawy. Gdyby mogła, zamroziłaby nas wzrokiem, ale szybko pokazaliśmy jej palcem, leżącego na zimnej posadzce mężczyznę. Zawołała koleżanki i przystąpiły do pomocy. 

Po odzyskaniu całkowitej przytomności pacjenta, pielęgniarki zadzwoniły po pogotowie. Oczywiście po drugiej stronie słuchawki, standardowe pytania. Ile Pan ma lat? 83. Czy jest przytomny? Wpół przytomny. Jak ma na imię? Stefan. I tak dalej, i tak dalej. Według mnie, rozmowa ta trwała zbyt długo. Pielęgniarka wręcz wybłagała, żeby przyjechała karetka, bo pan głośno powiedział, że nie jest w stanie się podnieść, nie czuje nóg i ma problemy z mówieniem. Zgłoszenie przyjęto.

Wiecie ile czekaliśmy na karetkę? 20 minut! Po 15 zadzwoniła ponownie pielęgniarka, przypominając, że już zgłaszała potrzebę karetki i nikt nie przyjechał. Po drugim telefonie, karetka zjawiła się w 5 minut. 

Pan ponownie musiał wziąć udział w Q&A. Kiedy odpowiedział na wszystkie pytania i zaznaczył, że ma problem z mówieniem, że nie czuje nóg i boi się, że to jakiś udar, panowie z karetki, postawili go na nogi (!), wzięli pod boki i kazali zejść ze schodów. Wszyscy w przychodni popatrzyliśmy się po sobie i pokiwaliśmy głowami. Co za debile. Ktoś za nimi krzyknął, że on nie zejdzie sam po tylu schodach. Nic to, da radę. Modliłam się tylko o to, aby ten biedny człowiek nie spadł z tych schodów i nie doszło do tragedii. 

Po zamknięciu się drzwi, w poczekalni zawrzało. Nikt nie pomyślał o tym, że pan był przeziębiony i przeziębienie również osłabia człowieka, a w tym wieku to tym bardziej. Mieszkam w dużym mieście, więc teraz 100 punktów dla osoby, która zgadnie, co według osób w poczekalni było przyczyną zasłabnięcia?

.
.
.
.

SMOG. 
Po tej teorii spiskowej, drzwi do laboratorium się otworzyły i nie musiałam dalej przebywać z tymi ludźmi. Zastanawiałam się tylko skąd oni biorą takie pomysły. Z telewizji?

sobota, 20 stycznia 2018

#7 Porada

Nadszedł w moim życiu czas, na który wiele kobiet w związkach czeka. Wychodzę za mąż. Nie już, teraz. 16.06.2018. Wyjątkowa data. Wiele miesięcy przygotowań, stres, nerwy, aż wreszcie nadejdzie ten niesamowity dzień. Nie mogę się doczekać. 

Jak każda kobieta, chcę aby ten dzień był niezapomniany. W dobie dzisiejszego Internetu, w dobie Facebooka, istnieje mnóstwo grup, gdzie mogę poprosić o poradę, doradzenie, czy zainspirowanie. I dziś będzie właśnie o takich grupach. 

Nie chcę się czepiać. Nie chcę wyjść na wredną i podłą. Ale po prostu nie rozumiem. Nie rozumiem. Kiedy wchodzę na jedną z największych grup, gdzie znajdują się Panny Młode te przed i po, chcę znaleźć jakąś inspirację, jakiś pomysł, to co widzę? Milion postów odnośnie:

a) ,,Przyszły nasze obrączki. Co myślicie?'' - DZIEWCZYNY! to są WASZE obrączki. To ma być symbol WASZEGO złączenia, założenia rodziny, bycia jednością. Nie ludzi z grupy. To mają być takie obrączki, które mają dla WAS znaczenie, nie dla obcych Wam osób. Jeśli wszyscy w grupie napiszą Wam: ,,ale brzydkie'', ,,nie podobają mi się'' , ,,ja bym takich nie kupiła'' to co? Zmienicie? Naprawdę, aż tak musicie się dowartościować?

b) ,,Dziewczyny, co grawerujecie na obrączkach?'' - kolejne świetne pytanie. Kiedy my wybieraliśmy grawer, chcieliśmy aby było to coś naszego, coś co nas opisuje, jakieś nasze zdanie, nasze słowo, coś co mamy tylko my. Jeśli nie macie pomysłu, okej, wygrawerujcie datę, imię czy zdrobnienie jakim się nazywacie, nie ma problemu. Ale dlaczego chcecie, żeby to obcy ludzie, z którymi nie będziecie mieć później kontaktu, doradzali Wam jaki macie mieć grawer? A może wolicie wziąć czyjś grawer, jako ''inspirację'', a później do końca życia pamiętać, że ten pomysł nie jest Wasz, nie wyszedł z Waszego serca, a z serca innej pary. 

c) ,,Kupiłam sukienkę. Jak Wam się podoba?'' - Co Ci mam dziewczyno napisać? Że Cię pogrubia, nie pokazuje Twojej talii, albo wygląda jak ukradziona z garderoby serialu Korona Królów? Co to zmieni? Ja rozumiem, że osoby, które wstawiają takie posty, liczą na to, że wszyscy napiszą: ,,Genialnie wyglądasz'', ,,Bardzo Ci pasuje'', ,,Jesteś śliczna''. Dziewczyny... ile osób, tyle opinii. To Wy się macie dobrze czuć. Macie bliskich. Jeśli nie chcecie się doradzać Pana Młodego, bo nie powinien Was widzieć w sukni przed ślubem, spytajcie mamy, siostry, cioci, świadkowej. Jeśli macie upatrzona sukienkę wcześniej - super. Wyślijcie ją na grupę, poczytajcie opinii. Ale co Wam z opinii, kiedy suknia już zapłacona? Często płacicie za nią około 3 tysięcy złotych. I tylko dlatego, że kilka osób napisze Wam, że źle wyglądacie, sprzedacie ją? Wątpię. I zamiast cieszyć się z tego dnia, z wesela, w głowie będziecie mieć tylko to, że kilka nieznaczących dla Was osób napisało Wam, że źle wyglądacie. A najlepsze są kobiety, które dodadzą taki post, a później mają pretensje, że ktoś je skrytykuje. 

d) ,,To mój makijaż ślubny. Co myślicie? Zostały nam dwie godziny do ceremonii'' - Czy naprawdę dwie godziny przed ślubem, chcesz przeczytać, że Twój makijaż to jedna wielka porażka, że masz źle rozświetlone policzki, nierówno nałożone cienie, źle wykonturowaną twarz, a kolor szminki nie pasuje do koloru ściany na zdjęciu? (tutaj czas na wygooglowanie sobie słowa ''sarkazm'', rada ta pojawia się na blogu po raz drugi)

To tylko cztery przykładowe posty, które udało mi się niedawno zlokalizować i które sprawiły, że zwątpiłam w niektórych ludzi. Na grupie o której głównie piszę znajduje się obecnie 29 284 członków. Czy Wy naprawdę myślicie, że każdemu z nich spodoba się Wasza suknia, makijaż, czy obrączki? Ja rozumiem pytania o kolor przewodni, o doradzenie jaką wódkę kupić, o poradę odnośnie butów, czy prezentu dla rodziców (choć tutaj też mi się wydaje, że powinno to być coś od Was, od serca). Zrozumiem nawet zapytanie o zaproszenia, w końcu dajemy je innym osobą i zależy Nam, aby przypadły do gustu, ale nie popadajmy w paranoję. To jest przede wszystkim dzień Twój i Twojego wybranka. Nie ludzi. I nie przede wszystkim obcych ludzi. Kochane, macie wokół siebie ludzi, którzy Was dowartościują. Powiedzą Wam, że wyglądacie pięknie. Bierzecie ślub z mężczyzną, który na pewno widział Was bez makijażu, bez ciuchów i nadal Was kocha. Wrzućcie na luz. To ma być idealny dzień. Ale nie dzień w stresie, rozpaczy i depresji. A przede wszystkim to ma być Wasz dzień, a nie Wasz i internetowych ''przyjaciół''. 

Postów o ślubie pojawi się niedługo więcej. 



środa, 17 stycznia 2018

#6 Inny

Kiedy uczęszczałam do szkoły gimnazjalnej, miałam przyjaciela. Spędzaliśmy ze sobą naprawdę sporo czasu. I nie, nie zakończyło się to miłością, jak wielu z Was czytając drugie zdanie mogłoby sobie pomyśleć. Oprócz widywania się w szkole, jeden dzień podczas weekendu spędzaliśmy u mnie, aby wspólnie przygotować się na tygodniowy horror w Gimnazjum. Gimnazjum nie było szkołą do której z chęcią bym wróciła. Ale dziś nie o tym. Kiedy skończyliśmy oglądać filmy i jeść pyszne kanapki przygotowane przez moją mamę, siadaliśmy zawsze przy oknie, opieraliśmy się plecami o ścianę i przegadywaliśmy to co wydarzyło się w ciągu tygodnia oraz to co się wydarzy w następnym.W naszym życiu nastąpił niestety jeden taki tydzień, o którym zdecydowanie mogliśmy powiedzieć: ,,Nie, to nie był nasz czas''. I przy jednej z takich rozmów, zapytał załamanym głosem: ,,To my jesteśmy jacyś inni, czy to oni są dziwni?''. W wieku czternastu/piętnastu lat ciężko było mi odpowiedzieć na to pytanie. 

Kilka dni temu spotkałam się z koleżanką (notabene również z gimnazjum). Kiedy wspominałyśmy wcześniejsze lata, śmiałyśmy się opowiadając sobie przeróżne historie z tego nieszczęsnego okresu, spytała o niego. ,,Macie ze sobą kontakt?''. Odpowiedziałam jej, że nie. Przyszedł okres liceum - nowi znajomi, nowe obowiązki, nowe otoczenie. Tu jeszcze w miarę utrzymywaliśmy kontakt. Ale kiedy przyszły studia, on wyjechał do innego miasta, ja zajęłam się pracą i nauką, to niestety gdzieś zatraciliśmy się w całej codzienności. I kiedy rozmyślałam nad tym, kiedy ostatni raz się widzieliśmy, nagle, nie wiem skąd, przyszła mi do głowy właśnie ta rozmowa, opisana wyżej. Nakreśliłam koleżance sytuację i opowiedziałam o tym pytaniu. 

Doszłyśmy do wspólnych wniosków, że punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Dla niektórych to, że jesz chleb z masłem i nutellą jest dziwne, a dla niektórych normalne i zwykłe. Dla jednych to, że nie chodzisz na dyskoteki jest dziwne, a inni z wielką chęcią posiedzieli by z Tobą w domu. Ktoś może się dziwic, ze tracisz czas na książki i filmy, a inna osoba wpadnie do Ciebie z popcornem i razem obejrzycie adaptacje książki. Inny. Nie rozumiem, dlaczego to słowo ma taki negatywny wydźwięk. Ludzie boją się być inni. Mimo to, że w dzisiejszych czasach, w świecie, w którym żyjemy, słowo ''inny'' jest synonimem słowa ''oryginalny''. Mimo, że czasami jest to bardzo błędne. Wydaje mi się, że każdy z nas w swoim życiu znajdzie kogoś tak samo ''innego'', jak my. I dla nas będzie on zupełnie ''taki sam''.

Wracając jeszcze na chwilę do czasów szkolnych, chciałabym opisać jedną sytuację bycia innym. W każdej klasie jest ''czarna owca''. Ktoś z kogo się reszta śmieje, ktoś kto sobie nie radzi lub ktoś kto  jest po prostu szarą, cichą myszką. Będąc już na studiach, które niestety nie różniły się wiele od nauki w liceum, również napotkałam taką osobę. Na moim roku nie za bardzo była lubiana, zawsze gadała od rzeczy i wszystkich denerwowała. I wiecie co? Poza uczelnią ta osoba miała bardzo dużo towarzystwa. Można było wręcz rzec, że była to dusza towarzystwa. Tylko tak bardzo było jej trudno przystosować się do zasad, panujących na uczelni. Przystosować się do ludzi, którzy poprzyjeżdżali z różnych końców kraju i właśnie w tej sytuacji być neutralnym. Dlatego została odizolowana i nie mogła zupełnie sobie z tym poradzić.

Bądźmy inni. Nie bójmy się tego. Jeśli ktoś nazwie Cię dziwnym, innym - uśmiechnij się. To z jego ust komplement. To świadczy tylko o tym, że to on jest zacofany i nie przygotowany do życia. Że każde odstępstwo od jego wyolbrzymionej normy jest czymś złym. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, byłoby naprawdę nudno. Bądźmy z ludźmi, którzy są dokładnie tacy inni, jak my. I cieszmy się z tego, że nie mogą nas nazwać przeciętnym Iksińskim czy Kowalskim. Ja z dumą noszę nazwisko ''Inna''. Ale gdzieś, w tej naszej inności nie przesadzajmy. Bo dopóki nie krzywdzimy siebie i innych, nasza Inność jest okej.

I chociaż nie publikuję postów w dni nieparzyste (jakoś ich nie lubię, jestem inna, co?) to dziś jest dość ważny dzień. 

Po raz pierwszy post dedykuję jemu. Masz dziś urodziny. Wszystkiego najlepszego. Ja zawsze pamiętam.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

#5 Pozytywka

Kiedy przyjmowałam się do nowej pracy, czekał mnie miesięczny okres szkoleń. Spełniłam marzenia, dostałam się do wymarzonej firmy, na wymarzone stanowisko, więc żadne szkolenia nie mogły zepsuć mojego (wtedy) motta życiowego: dreams come true. (tutaj czas na wygooglowanie sobie definicji słowa sarkazm)

I chociaż szkolenia były o ''dupę rozbić'' i myślałam, że nie przyniosą mi nic, oprócz wiedzy na temat tego ile ma wynosić długość mojej spódnicy służbowej, to na jednym ze szkoleń zdarzyło się coś... ciekawego (?).

Codzienne szkolenia odbywały się z kimś innym. Każde szkolenia rozpoczynały się tak samo: 
-Przedstawcie się i powiedzcie coś o sobie. To ten moment wszystkich spotkań grupowych, którego najbardziej nie cierpię. Czekasz na swoją kolej, stresujesz się i zawsze (w moim przypadku) palniesz coś głupiego. Co mam powiedzieć? Nie mam zainteresowań. Nie mam pasji. Nie ma czegoś, co zabrałoby mnie na chwilę do innego świata. Ale kiedy słyszę z ust 20-parolatków, że: ,,Lubię słuchać muzyki'', lub jeszcze lepiej: ,,Interesuję się muzyką. Słucham radia'' to po prostu mnie od środka rozsadza. Znalazłam kiedyś fajny cytat, który dokładnie opisuje taką odpowiedź, na zadane pytanie:

,,Lepiej milczeć i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości''

Na jednym ze szkoleń babeczka powiedziała: ,,Przedstawcie się i powiedzcie jedną fajną, bądź interesującą rzecz, która przydarzyła Wam się wczoraj.'' I zaczęłam się zastanawiać. Co mogło mi się przydarzyć, jeśli na szkoleniu siedziałam od 9 do 17? Jedyne o czym marzyłam to wziąć kąpiel i położyć się do łóżka. A czekała mnie jeszcze podróż przez centrum miasta. W godzinach szczytu wcale nie jest to proste. Szczególnie z dwiema przesiadkami.

Proste pytanie, prawda? A wbrew pozorom takie trudne. Nie doceniamy pozytywnych drobnostek dnia. Ludzie odpowiadali: ,,Nie było korków, zdążyłem na autobus, pojechałam taksówką''. A ja co odpowiedziałam? Zamówiłam pizzę. I to sprawiło uśmiech na mojej twarzy. 

Dwa lata temu prowadziłam Słoik szczęścia. To taki zabieg psychologiczny, gdzie codziennie, przez 365 dni wrzucamy karteczkę z jednym wspomnieniem z danego dnia. Nawet jeśli był to Wasz najgorszy dzień w życiu, musicie znaleźć jeden, pozytywny aspekt. Kiedy wróciłam ze szkolenia, starłam kusz ze słoika i go otworzyłam. Rok 2016. Najgorsze jest to, że wbrew pozorom i wbrew temu słoikowi był to najgorszy rok w moim życiu. Ale dobrze było sobie przypomnieć ten czas. Na kolorowych karteczkach zapisałam: Spacer z D., Lody, Gra w karty, Gorąca czekolada na statku. Przyziemne, codzienne rzeczy, ale w ciągu szarej rzeczywistości to spowodowało mój uśmiech. I nawet w takim roku, jak 2016, potrafiłam znaleźć coś, dzięki czemu byłam szczęśliwa. 

Myślę, że chociaż raz w życiu każdy z nas powinien poprowadzić taki słoik. Dużo on daje do myślenia. I nie w czas,w którym go prowadzimy, ale po latach. Po pierwszym, drugim, nawet piątym otwarciu. Mimo, że sama pisałam te karteczki, nie spodziewałam się, że zapomnę o tak wielu sprawach, sytuacjach, przeżyciach, które mi towarzyszyły. 

Znacie słoik szczęścia? Korzystaliście? 



wtorek, 2 stycznia 2018

#4 Muminek

W życiu każdej kobiety przychodzi jeden, najważniejszy moment w życiu. Narodziny dziecka. Dla jednych - najszczęśliwszy dzień w życiu, dla drugich - katastrofa. Myślę jednak, że w obu tych przypadkach jest to na tyle znaczące wydarzenie, że pozostaje w psychice na długo. 

Dzień jak co dzień. Pracujemy, studiujemy, uczymy się. Wykonujemy czynności te, co zawsze. Zaczynamy się dziwnie czuć, ale mamy w głowie wczorajszy obiad u teściowej, kolację przygotowaną przez partnera, czy wieczorne podjadanie. Zaczynamy rozmyślać, co mogło sprawić, że czujemy się sennie, ciężej, inaczej. I nagle BINGO (!). Biegniemy do apteki, jeden test, drugi, trzeci... nie ma wątpliwości. Dwie wielkie czerwone kreski. 

I tu można podzielić kobiety na dwie obozy. Jedne płaczą ze szczęścia, drugie z przerażenia. Umawiamy się na wizytę do lekarza, dostajemy informację: chłopiec, dziewczynka albo...

Ale dziś nie o samej ciąży, a o życiu po porodzie, w jednym konkretnym przypadku. 

Kiedy mam więcej czasu w pracy, otwieram e-booki, zakopuję się w moim za dużym o dwa rozmiary swetrze, z wyciągniętymi rękawami i odlatuję do innego świata, gdzie nie widzę ani cyferek, ani maili z pretensjami. Odcinam się od tego i poznaję nowych bohaterów, ich życie i ich problemy. Żyję właśnie tym.

I tak oto do moich rąk dostała się klasyka klasyków, a mianowicie ,,Poczwarka'', autorstwa Pani Doroty Terakowskiej. I chociaż znajomi mówili mi, że to trudna i przede wszystkim ciężka metaforycznie książka postanowiłam po nią sięgnąć. 

Nie wiedziałam o niej zbyt wiele. Wiedziałam, że przedstawia ona rodzinę, której przytrafiła się tragedia. W idealnie wypracowanym małżeństwie, rodzi się ktoś, kto odwraca ich życie do góry nogami. Ktoś nie do końca idealny. Mały Muminek. 

Zanim przejdę do głównego wątku, kilka słów dla osób, które nie spotkały się z tą historią. Na stronie ściąga.pl możemy przeczytać między innymi:

,,W tej opowieści Adam i Ewa są idealnym małżeństwem z idealnym życiem i idealnymi planami na przyszłość. Do szczęścia brakuje im tylko dziecka. Jednak gdy ono się pojawia, znika z ich życia cała idealność. Właśnie oni wymarzyli sobie zdrowego, pięknego i nad wyraz zdolnego bobaska. Tylko, że Bóg pokrzyżował ich plany. Dostali to, czego nigdy sobie nie życzyli w tym swoim pięknym świecie - dziewczynkę z zespołem Downa i innymi wadami. W dniu narodzin Myszki upada ich cały plan, jaki sobie ułożyli i pojawia się chaos.''

Nie chcę tu spoilerować zakończeniami, bo nie o samą książkę się rozchodzi. Chciałabym poruszyć temat DS (Down syndrome). Pierwsze spotkanie ''twarzą w twarz'' z tą przypadłością, miałam na jednych z wakacji. Pojechaliśmy do pewnej uzdrowiskowej miejscowości, gdzie naszym ówczesnym sąsiadem było małżeństwo z córeczką. Nazwijmy ją Madzia. Madzia miała 8 lat i cierpiała na zespół Downa. Ja byłam wówczas czternastoletnią dziewczyną,  była to dla mnie zupełnie nowa sytuacja i szczerze mówiąc byłam przerażona. Nie wiedziałam jak do niej mówić, ani w jaki sposób się zwracać. Pamiętam, że gdy chciałam coś powiedzieć mówiłam bardzo wolno, szeroko otwierałam usta, a i tak miałam wrażenie, że mnie nie rozumie. Z czasem przywykłam do jej towarzystwa. 

Okazało się, że Madzia potrafi być bardzo agresywna. Pluła, kopała i gryzła. Ale oprócz tego potrafiła w najpiękniejszy i najmocniejszy sposób okazać miłość i wdzięczność swoim rodzicom. Nikt z moich znajomych nie traktował rodziców tak jak ona. 

I wtedy zrozumiałam. Madzia popada w skrajność. Jeśli coś robi to na 100%. Jeśli jest agresywna to całą sobą, jeśli kocha to całym sercem. 

Książka ,,Poczwarka'' ukazuje nam świat z perspektywy Muminka. Udowadnia, że zespół Downa jest widoczny tylko na zewnątrz. Że wewnątrz małego człowieczka z szerokim uśmiechem i błędnymi oczami jest umysł taki, jak każdy inny. Rozwija się i dojrzewa wolniej. Ale nie znaczy to, że dzieci te mniej rozumieją. Potrzebują po prostu więcej cierpliwości, czasu i przede wszystkim akceptacji. Dzięki temu mogą żyć zupełnie normalnie. Może nigdy nie zostaną lekarzami, ale są inteligentni i często zdarza się, że mają ukryte talenty. Madzia śpiewała przepięknie.

Oprócz tego książka porusza jeszcze jeden, ważny akcent. Pokazuje, że dzieci te nie pojawiają się w życiu rodzica bez powodu. I chociaż z początku rodzic zastanawia się co takiego zrobił, że otrzymuje karę w postaci balastu i psychicznego i fizycznego, z czasem dostrzeże, że On dał im do wykonania misje. Że to wcale nie jest kara, a wyróżnienie. 

,,Albo dary nie były dobre, albo ludzie nie rozumieli, dlaczego zostali wybrani, by je otrzymać'' - ,,Poczwarka'' Dorota Terakowska

Rodzice dzieci z DS często spotykają się ze spojrzeniami pełnymi współczucia lub z nieprzychylnymi komentarzami. Ludzie nie są uświadomieni czym jest ta choroba i przede wszystkim, że nie jest ona zaraźliwa. Nie raz zauważyłam, że matki na placu zabaw zabierają swoje pociechy od chorego i innego dziecka. 

Myślę, że dla takiego dziecka, najgorsze są komentarze od rówieśników. Ale jak dzieci mają się zachowywać, skoro dorośli nie są lepsi? Uświadamiajmy swoje pociechy.  Tłumaczmy im, że takie rzeczy się zdarzają, że to nie jest złe. Że inne, nie oznacza złe.

W tym całym braku akceptacji i odrzuceniu spróbujmy dostrzec człowieka. Człowieka, który potrzebuje kontaktu z innym człowiekiem. Dziecko, które potrzebuje rozwijać się wśród innych dzieci.

,,(...) skorupa jej kalekiego ciała niewoli ją tak, jak poczwarka więzi w sobie motyla; tyle że każdy motyl kiedyś wyleci - ten zaś, skryty w ciele Myszki, nie uleci nigdy.'' - ,,Poczwarka'' Dorota Terakowska.



sobota, 30 grudnia 2017

#3 Znajomki

Kończy się rok kalendarzowy, a w Internecie mnóstwo i postów i filmów pod tytułem: ,,Podsumowanie 2017'', ,,Postanowienia 2018'', ,,Zakończenie Roku'' itp. itd. A dla mnie 30 grudnia, to kolejny dzień, który nie zmieni pewnie za dużo w moim życiu. Jest zima (chociaż za oknem tego nie widać), a tu gdzie jestem pada deszcz, szarość zalała całe miasto i ogólnie nic się nie chce. Co ma się zmienić za dwa dni? Zmiany dobre są na wiosnę. Wszystko budzi się do życia, a my mamy większą motywację. Wydaje mi się, że Nowy Rok powinien zaczynać się w marcu. 

Siedząc tak sobie i myśląc o tym co zjem na obiad, zaczęłam scrollować Facebooka. Większość znajomych dodało zdjęcia ze Świąt (sama na takim zostałam oznaczonym), gdzieniegdzie pojawiają się również jeszcze życzenia świąteczne i już noworoczne. Przeglądając tak to wszystko, nie zwróciłam nawet uwagi, kto to dodaje. Przesunęłam palcem w dół i zdałam sobie sprawę, że połowy osób nawet nie kojarzę. Wchodzę na profil - nic. Oprócz kilkunastu wspólnych znajomych, nie mam nic, z czym mogłabym daną osobę skojarzyć. Aż przypomniały mi się czasy Naszej Klasy (dla niewtajemniczonych, to taki portal jak Facebook, ale polski), gdzie dodawałam do znajomych Kaczora Donalda, Papę Smerfa lub Misia Uszatka.

Wchodzę na swój profil, zakładka ''znajomi'' i zaczynam. Lecimy po kolei. Pierwszy kilkudziesięciu znajomych kojarzę, bo są to albo znajomi, których niedawno dodałam (a wtedy robiłam już selekcję przyjęć do znajomych lub sama ich dodawałam), następni to ci z którymi piszę najczęściej. I pojawia się pierwsza osoba, którą kojarzę z twarzy, ale po zakryciu nazwiska nawet nie wiem jak się nazywa. Klikam ''check'' z nazwą znajomi i daję usuń z grona znajomych. Facebook nawet nie potrzebuje potwierdzenia. Usuwa ich z zawrotną prędkością. Nie ograniczam się. Usuwam każdego z kim nie mogę sobie przypomnieć ani jego nazwiska, ani ksywki, ani tym bardziej skąd się znamy. I w końcu dotarłam do znajomych ze szkół...

Nie wiem w jakim wieku jesteście, ale czy nie macie tak, że przez pierwsze tygodnie po ukończeniu szkoły kontakt z ludźmi z klasy jest niesamowity, piszecie ze sobą, spotykacie się, planujecie wakacje, sylwestra, urodziny? A z każdym kolejnym miesiącem po zakończeniu roku szkolnego lista osób z którą utrzymujecie kontakt maleje. Każdy zajął się swoim życiem, poznał nowych ludzi i nie ma czasu na spotkanie. W moim przypadku praca i studia bardzo ograniczają czas. Ale nie do takiego stopnia, że kiedy widzę znajomego w tramwaju, w autobusie, w sklepie czy na ulicy, odwracam wzrok i udaję, że go nie widzę.

Musicie zdać sobie sprawę, że takie rzeczy widać. Ostatnio miałam taki przypadek, że jadąc w tramwaju, kolega z gimnazjum odwrócił wzrok, by za chwilę wstać i wysiąść i chociaż siedziałam na przeciwko udawał, że mnie nie widzi. Nie jestem osobą, która czeka, aż każdy jej się ukłoni. Co to, to nie. Ale muszę widzieć zainteresowanie z czyjeś strony. I z ciekawości weszłam sobie na naszą rozmowę na Messengerze. Jestem z tych osób, które nie usuwają starych postów, ani konwersacji. Poczytałam i stwierdziłam: ,,Kurczę, byliśmy fajnymi znajomymi. Szkoda, że teraz się nie znamy''.

Czy nie uważacie to za przykre? Chodzicie z kimś do jednej klasy sześć (lub w niektórych przypadkach osiem) lat do klasy, czy nawet trzy-cztery w szkole średniej, spędzacie ze sobą 75% waszego dnia, by po dwóch, trzech latach stać się sobie zupełnie obcy. I nie chodzi tu o to, aby rzucić się na szyję, wypłakać z problemów i zwierzyć. Wystarczy powiedzieć głupie ''cześć''. Z szacunku do drugiej osoby i z sentymentu do dawnych lat. 

Wiecie co jeszcze jest najgorsze, kiedy czytacie stare rozmowy na Messengerze? To, kiedy zupełnie przypadkiem, niecelowo, wyślecie kciuka w górę... 
Szczególnie kiedy jesteście z tą osobą albo pokłóceni, albo spotkaliście ją w tramwaju, a nie odezwała się do Was ani słowem (albo Wy do niej).

A pisząc do Was z 874 znajomych, zostało 489... 
Ciekawe ile zostanie pod koniec 2018 roku.

wtorek, 26 grudnia 2017

#2 Trzydzieści

Wigilia w niedziele, co oznacza CZTERY dni wolnego. Nie mogło być lepiej. Oprócz domowych obowiązków, zakupów (muszę zacząć robić listę, to zaoszczędzi mi chodzenia do sklepu po sześć razy), sprzątania (muszę zacząć robić to regularnie, to zaoszczędzi mi o wiele więcej czasów) i gotowania (muszę się w końcu nauczyć) nadrobiłam trochę zaległych programów. Jeśli zacinał Wam się Netflix lub Player - przepraszam, to ja ciążyłam na tych stronach. 

I o ile za Netflixa płacę ciężko zarobione pieniądze, tak na Playerze - luzik. Ale (!) nie ma na świecie rzeczy, która nie miałaby zarówno plusów, jak i minusów. R....r.....(chyba nie przejdzie mi to przez klawiaturę) r.....rek......rekla.....reklamy....uff. Od dwóch do dwóch i pół minut reklam. O ile te na początku odcinka mogę zrozumieć, tak tych w środku nie. Kiedy zbliża się moment kulminacyjny CIACH i reklamy. A najbardziej wkurzająca na Playerze jest reklama z babcią, która tłumaczy wnukowi jak ma grać... nie cierpię... ale nie o tym... 

Kiedy skarżyłam się przyjaciółce na reklamy, powiedziała: ,,-Przecież na YouTubie masz ich pełno''. A otóż nie. I tu włącza się Ann Spryciara (chociaż pewnie 90% czytających to, też tak robi) i zainstalowała sobie rozszerzenie AdBlocka. Jedynie Player nie pozwala mi go stosować. Ale gdyby nie te reklamy,  nie pojawiłby się dzisiejszy post. 

Odliczając minuty do włączenia mojego serialu, zauważyłam (brawo ja), że każda reklama trwa tam około 30 sekund. Zaczęłam się wtedy zastanawiać nad bardzo oczywistą rzeczą. Jak trudne musi być wymyślenie reklamy. Pomysłodawcy muszą zmieścić się w trzydziestu sekundach, aby przedstawić produkt, jego zalety, przekonać do zakupy i zrobić to wszystko w taki sposób, aby przeciętny odbiorca a) zrozumiał, b) jak najbardziej zapamiętał. Chyba większość osób słysząc Media Expert, widzi Ewelinę Lisowską oraz nie potrafi normalnie przeczytać ( a musi zaśpiewać): ,,Dłuższe życie każdej pralki to Calgon.'' Najlepsze są te reklamy, w których nie do końca wiadomo co przedstawiają, a na końcu wyjaśnienie. Myślisz sobie: ,,O reklama butów'', a nie, bo tu Sprite.

Powiem Wam, że w jakiś sposób zaczęłam doceniać reklamy. Pracuje nad tym tyle ludzi, tylko po to, abyśmy w czasie filmu mogli zrobić herbatę, wykąpać się, czy pójść do koleżanki. Są niedoceniane, a mimo to nadal są. I walczą jak mogą o swoje miejsce. Wiecie ile kosztuje reklama w radiu? Zadzwoniłam z ciekawości do jednego. Aby Waszą reklamę puścili w godzinach szczytu (czyli trzy razy w ciągu dnia, o 8, 15 i 20) kosztuje to 15 tysięcy złotych. 15 tysięcy kosztuje półtorej minuty. A zastanówcie się, czy bylibyście w stanie opowiedzieć w trzydzieści sekund o jakieś super historii, która wydarzyła Wam się dzisiaj. Ale w taki sposób, aby rozmówca przeżył ją jeszcze raz, z Wami. Dacie radę?

I mimo to, że reklama z babcią dalej mnie irytuje, jest w jakiś sposób magiczna. 

piątek, 22 grudnia 2017

#1 Popularność

Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale zawsze kiedy zaczyna się okres świąteczny, mam największą wenę do tworzenia. I nie chodzi tu tylko o to, że to właśnie w tym okresie powstaje najwięcej moich blogów, które już na przełomie marca-kwietnia, odchodzą w zapomnienie. Dzieje się tak głównie dlatego, że nie mam na nic czasu. Praca i studia pochłaniają większą część mojego życia. Myślę jednak, że każdy z nas potrzebuje znaleźć coś, dzięki czemu może oderwać się od szarej rzeczywistości. Takich swoich ''czterech kątów'', które wyrwą nas chociaż na chwilę z dnia codziennego i pozwolą przenieść się do innego świata. Nawet jeśli ma to trwać tylko cztery miesiące.

Pisząc te słowa non stop słyszę dźwięk przychodzących powiadomień z Wisha (muszę w końcu usunąć tą aplikację), Facebooka, czy nowych wiadomości na messengerze. Dziś miałam sporo pracy na mailu. W ''odebranych'' Spam - miliony nieotwartych życzeń bożonarodzeniowych, od różnych stron, na których podałam maila dla prenumeraty - tylko po to aby raz mieć na coś zniżkę. Dobrze, że Gmail posiada funkcję folderu ''spam'', tam nawet nie wchodzę. I tak się zastanawiam... po co im to? Czy ktokolwiek widząc takiego maila pomyślał sobie: ,,jeeejku jak miło? Pamiętali o mnie?''

Kiedy byłam dzieckiem, miałam swój pierwszy komputer i założyłam pierwszego maila (notabene po to, aby otworzyć bloga), pamiętam jak z uwagą i skupieniem czytałam każdego maila. Mając wrażenie, że jest on dedykowany specjalnie dla mnie. Widząc jeszcze wstęp: Cześć Ann! - wiedziałam, że ci ludzie piszą bezpośrednio do mnie. Jakie było moje zdziwienie, a może i rozczarowanie, kiedy poznałam prawdę. 

Do napisania tego postu, skłonił mnie nowy filmik, na nowym kanale Abstachuje - Lykke. Na kanale tym, pojawił się materiał pod tytułem: ,,Czy chcesz być popularny?''. I nie, nie dlatego założyłam tego bloga. 

Filmik oglądnęłam (swoją drogą, muszę Wam chłopaki powiedzieć, że jest to chyba Wasza najgorsza produkcja) i zaczęłam się zastanawiać. Ale nie nad odpowiedzią na pytanie. Zadałam sobie pytanie: ,,DLACZEGO ludzie chcą być popularni?'' Dlaczego tak wielu ludzi do tego dąży? 

W dzisiejszej dobie instagramów, snapczatów i lajków, każdy walczy o to aby być na szczycie. Kiedyś o popularności świadczyło to, że idąc ulicą, mnóstwo dzieciaków w Twoich wieku mówiło Ci cześć. Pamiętam, jaka zawsze byłam podekscytowana, kiedy przy innych dzieciach, ktoś powiedział do mnie cześć. Później pytania: Skąd go znasz? Kto to był? Sprawiały niesamowitą radość.

Dziś, większość osób, które mamy w znajomych na Facebooku, nawet nie poznalibyśmy na ulicy. Nie wiemy kim są, rzadko pamiętamy skąd ich znamy. Moim osobistym przykładem są również relacje między ludźmi. Chodzisz z kimś 3-4 lata do klasy, na ulicy nie powie Ci ''cześć'', ale wie o Tobie więcej, niż powinien. 

Najbardziej denerwują mnie ludzie, którzy pojawiają się znikąd w telewizji. I możecie sami zauważyć, że większość tych osób mówi: ,,Nie myślałem/am, że będę miała taką popularność, że to co robię aż tak się spodoba''. Szczerze? Każdy w duchu na to liczy. Youtuberzy liczą na subskrypcje, Blogerzy na obserwujących, Instagramowicze na followersów. 

Nie rozumiem też fenomenu codzienny vlogów na YouTubie. Siedzi przed monitorami około 40 tysięcy ludzi i ogląda to, jak ktoś spędza codziennie czas. Szczególnie teraz, w okresie zimowym, jest aż do porzygu ''Vlogmasów''. I nie mówię tu o vlogach, gdzie ktoś coś robi ciekawego. Ale 20 minutowy film, w którym otwiera się kalendarze adwentowe?! Albo nagrania tego co się cały dzień jadło, albo wędrówki bez celu po sklepach... naprawdę? Naprawdę ktoś to ogląda? Ale po co? Co taki materiał wniesie do Waszego życia? I najlepsze pod tym wszystkim są komentarze: ,,Ale masz świetne życie''. Dlaczego nie zmienisz swojego? Po co szukać tak daleko? Możesz w każdej chwili poprawić coś u siebie. 

A gdzie w tym wszystkim prywatność? Po co pokazywać wszystko ludziom? 

Ostatnio zauważyłam pewną rozmowę, dwóch młodych dziewczyn, jadących w tramwaju. Wsiadły ze mną, na tym samym przystanku. Nie odzywały się do siebie słowem, obie wpatrzone w komórki. Byłam pewna, że się nie znają. W pewnym momencie jedna zagaiła: ,,-Wiesz, dostałam tą robotę'', na co druga: ,,-Widziałam, dodałaś na fejsa''. 

Jeśli wszystko publikujemy, to o czym mamy rozmawiać? 
Zostawcie trochę prywatności dla siebie, a zobaczycie, że przy najbliższym spotkaniu z przyjaciółmi pojawi się o wiele więcej tematów. Sposób wypróbowany, który serdecznie polecam. 

Jeśli wytrwałeś do końca tego postu - wielkie dzięki. Odpowiedz w komentarzu, dlaczego według Ciebie ludzie chcą być popularni?

Serdecznie pozdrawiam
Ann

Copyright © 2016 Wyzwanie 52 książki , Blogger